O (ewentualnych) pożytkach z “czytania” tekstów kultury w obcych językach.

Postanowiłem opowiedzieć o swoich doświadczeniach z “zanurzania się” w (roz)tworach bazujących na składnikach i proporcjach mających pochodzenie w innych językach/kulturach. Dlaczego? Ciężko powiedzieć. Pewnie kieruje mną tu jakaś próżność. Po co? Bo może komuś się przyda. Tyle jeśli chodzi o przyczynę i cel.

            Tekst kultury to wg wikipedii “Tekst – każdy wytwór kultury (tekst kultury) stanowiący całość uporządkowaną według określonych reguł, np. dzieło sztuki, ubiór, zachowanie realizujące jakiś utrwalony wzorzec kulturowy.” Ograniczę się jednak do twórczości zawierającej język (teksty pisane, piosenki, audiobooki, filmy, wykłady, czy wreszcie żywa rozmowa) a powód tego ograniczenia wyjaśni się – mam nadzieję -sam. A jakby się nie wyjaśnił, to dodam, że kontemplacja utworów niezawierających elementów werbalnych, to temat, o którym nie czuję się na siłach pisać.

             Z filmami i piosenkami chyba każdy ma do czynienia (na pewno każdy, kto w tej chwili to czyta) a w przypadku odcyfrowywania sensów zawartych w “czarno na białym” zapisanych “szlaczkach” grono odbiorców ulega zawężeniu. Ja czytam dużo od kiedy skończyłem około 7-8 lat. W pierwszej “ćwiartce” życia (życzymy sobie w końcu czasem “Stu lat”, więc taka miara nie będzie chyba całkiem nieuprawniona) korzystałem z twórczości oryginalnie polskiej względnie tłumaczeń. Wydawało mi się to zupełnie naturalnym oraz jedynym możliwym podejściem. Szkolne lekcje angielskiego nie nauczyły mnie odróżniać  “do” od “does” i od “did”. Pewnie dlatego, że byłem z góry nastawiony negatywnie i żywiłem przekonanie (fałszywe oczywiście), że NIE DA się opanować obcego języka. Znałem biernie i wycinkowo angielski – słownictwo związane z komputerami i grami komputerowymi. Kiedyś tłumaczeń w tej dziedzinie nie było – nie miałem zatem innego wyjścia chcąc z dobrodziejstw i rozrywek dostarczanych za pośrednictwem tego medium korzystać. Ale nic ponad to. Pamiętam, że anglistka w technikum zdziwiła się, że wiedziałem (i jedna trzecia klasy też zresztą) jak będzie po angielsku pochodnia. Ona zapomniała, a dla każdego, niekoniecznie nawet fanatycznego, amatora gier RPG to banał…

Upadek fałszywych przekonań. No dobrze. W technikum samochodowym (ani na praktykach w warsztacie) bez języków obcych spokojnie można było się obejść. Na studiach filozoficznych niby nie, bo to i łacina i starożytna greka oraz angielski były w programie i było to w zasadzie (i w teorii) przyjmowane za oczywistość, że każdy adept jakieś języki powinien znać i z tekstów źródłowych korzystać. Oczywista oczywistość. Ale  takowej znajomości nie posiadając jakoś przechodziłem przez kolejne lata. Czyli praktyka nie pierwszy raz z teorią się rozminęły. Pamiętam szczególnie jeden wykład, na którym pewien profesor mający  “misję” pedagogiczną (wcielaną w życie dość brutalnie – domyślam się, że chciał nami potrząsnąć i  w ten sposób wymusić pewne zmiany mentalne) w dodatku do przedmiotu, który wykładał, opowiedział nam kawałek swojego osobistego doświadczenia. Otóż on, w toku swoich studiów, został niemalże siłą zmuszony do dokonania wyboru, któregoś z “wielkich” filozoficznych języków nowożytnych (w puli były zapewne: angielski, niemiecki, francuski, rosyjski) po czym wyzwanie podjął, przysiadł i opanował go na znośnym poziomie w 3 lata. Wykład ten miał miejsce, zdaje się, na 2 roku – “mieliśmy zatem czas”. Wstrząsnęło to mną, ale do nauki bynajmniej nie zmotywowało. Utwierdziło raczej w przekonaniu, że ja się języka obcego nie nauczę a – w świetle tego co orzekł wspomniany profesor – w związku z tym żadnych szans na karierę naukową nie mam i w ogóle dno. Wtedy już chyba na dobre odpuściłem sobie studia i kontynuowałem je tylko dla przyjemności i znajomości. Nie wiedziałem jednak, że nauczyciel zwany “życiem” nie postawił jeszcze na mnie swojego krzyżyka. Polska wstąpiła do UE i powstała możliwość łatwych wyjazdów zarobkowych za granice. Pierwszy wyjazd – Irlandia. Był tam już mój młodszy brat, który w wieku lat bodajże osiemnastu wyruszył tam szukać zarobku w twardej walucie. Pamiętam jak podziwiałem jego umiejętność posługiwania się angielskim. Rozumiałem nawet co mówił (do swojego współlokatora Czecha) i nawet trochę z tego, co jegomość ów mu odpowiadał. Następnie opanowawszy zdania: “Ken aj spik tu menedżer?” oraz “Ajm luking for e dżob” wyruszyłem na podbój irlandzkiego rynku pracy. Bez sukcesów. Rok później. Kolejne wakacje. Wyjazd na Cypr. Tam nastąpił przełom. Pracę mi załatwiono (na budowie) a więc problem “dżob interwju” został chytrze wyminięty. Praca była “dość ciężka”. Upał 45 stopni w cieniu (przy czym jako “zbrojarz” cienia raczej nie zaznawałem, 12-godzinna dniówka – z przerwą na drugie śniadanie, na lunch i pod koniec też z kwadrans na odsapnięcie. Współpracownikami byli w ogóle jakby nie ulegający zmęczeniu Pakistańczycy i kilku Polaków. Pakistańczycy byli tam już dłużej i oni wiązali zbrojenia a rodacy cięli i nosili pręty. Nastąpił szybki test językowy. Pierwsze polecenie wydał pakistański kierownik budowy. Pokazał palcem jakąś kupę żelastwa i wykonując gest ku górze rzucił krótko: Irons up! Jak wyniosłem żelastwa na 3 piętro (zajęło mi to z 2 godziny) szef zadał pytanie: Where’s your “pesa”? (tak nazywali narzędzie o fachowej polskiej nazwie “obcinaczki boczne”. “Pesę” miałem. Wyposażył mnie w swoją własną gospodarz, u którego mieszkałem – sam onegdaj był zbrojarzem. Nastąpiła krótka demonstracja techniki i zacząłem wiązanie prętów. Szło mi słabo i kierownik motywował mnie do poprawiania swojej wydajności ofertą odesłania mnie “kilka kręgów” niżej – z górnego piętra na Ziemię  -i dołączenia do dźwigających i tnących stal Polaków na dole. Słabo mi już wtedy było ze zmęczenia i upału i wiedziałem, że nie dałbym rady. Kurs motywacyjny odniósł zamierzony skutek i jakoś utrzymałem swoje “inteligenckie” stanowisko. Polacy nie byli puszczani do wiązania ponieważ, niestety, nie operowali angielskim na poziomie komunikatywnym. Ze dwóch z pięciu, co prawda, umiało coś tam powiedzieć, ale była między nimi a Pakistańczykami jakaś wrogość i porozumienie nie było możliwe bo “husaria” była agresywna a Pakistańczycy się bali. Poza tym Polacy byli tam krótko (kilka tygodni dopiero) nie mieli doświadczenia jako zespół ani lidera, który pokierowałby kręceniem zbrojeń ani nie przeprowadziłby odbioru, dokonywanego przez greckojęzycznego inżyniera. Tym zajmował się Pakistańczyk “Sokrates” (tak nazwali go cypryjscy Grecy z racji tego, że był ponoć bystry i nauczył się szybko greckiego. No i wiadomo: skutecznie motywował swoich podwładnych do pracy. Kapitalizm jest tu ostatecznie jedynym chyba słusznym “kluczem interpretacyjnym”. Mnie też główny szef – Grek chciał “awansować” bo mogłem na Cyprze przebywać legalnie i miałem prawo jazdy. Tyle, że ja nie chciałem.).

Polacy po kilku dniach odeszli – znaleźli sobie innego pracodawcę. I zostałem sam z ludźmi, z którymi mogłem rozmawiać tylko po angielsku. Jeśli chodzi o terminologię “fachową”, to nie było tego za wiele. Po jakichś 2-3 dniach wszystkie słowa już znałem.  Prawdziwa przygoda zaczynała się w czasie przerw na posiłki. Pakistańczycy robili się wtedy bardzo rozmowni i wypytywali o wszystko. Wszystkiego byli ciekawi. Po pytaniach “podstawowych”: Masz żonę? -Nie.  – Dziewczynę? Dzieci? – następowały pytania o to jak jest w Polsce. Jaka najniższa temperatura zimą? (Minus 30? Hahaha, u nas minus 40.) Jaki upał latem? (40? Hahaha, u nas 50). Największe miasto, najdłuższa rzeka, ile razy na dobę uprawiam seks itd. We wszystkim “wygrywali”. Bawiło mnie to strasznie. Byli jak mali chłopcy i ja też czułem się wtedy jakbym siedział z nimi w piaskownicy na obcym osiedlu i uczestniczył w przechwalaniu się tym czyj ojciec jest bogatszy, silniejszy i mądrzejszy. Potem, z czasem, bywały nawet dyskusje teologiczne (wymsknęło mi się kiedyś, że jestem ateistą) i to momentami zacięte. Ateista to dla prostych muzułmańskich budowlańców koncept dość ciężki do pojęcia. Mniej więcej jak dla polskich budowlańców abstynent. Uważali mnie więc za chrześcijanina, który zwariował i gada bzdury (z wyjątkiem jednego chłopaka, który przyznał mi się po cichu, że też jest ateistą). I próbowali naprowadzić na “dobrą drogę”. Żebym chociaż już tym chrześcijaninem był, “wiary ojców” nie porzucał… Nie wiedzieli biedacy, że trafili na cynika, mizantropa, antynatalistę itd – i w to już nawet nie próbowałem wchodzić. Na szczęście było to w atmosferze dość luźnej. Ważne dla mnie, że wtedy, wśród ludzi, którzy operowali kilkuset słowami i trzema czasami nie musiałem się przejmować moim słabym angielskim. Przełamałem barierę mówienia (w Polsce zdarzyło się to tylko kilka razy po pijaku. Fajnie się wtedy “dogadywałem”, ale przecież nie można chodzić pijanym 24 h na dobę. Poza tym trzeźwi pijanych jakoś słabo zazwyczaj rozumieją).

A w domu, w którym mieszkałem, gdzie też mówiło się po angielsku, legło w gruzach drugie przekonanie. Otóż gospodarz Grek, który też znał angielski “tak sobie” (nauczył się go ze słuchu) miał dwa ulubione filmy: “The Doors” i “Pulp Fiction”. I oglądał je w kółko (setki razy) bez żadnych lektorów, dubbingów czy napisów. Trzeba tu dodać, że na Cyprze piractwo było wtedy czymś zupełnie normalnym i nawet w oficjalnych wypożyczalniach DVD wszystkie filmy były pirackimi kopiami, które miały czasem pirackich, amatorskich lektorów (Takiego lektora trzeba usłyszeć. Tego się nie da opowiedzieć!). Gospodarz Dymitris, który znał, jak już wspomniałem, trochę angielski (na Cyprze prawie wszyscy trochę znają, bo była to kiedyś posiadłość brytyjska a poza tym ze względu na przewalające się tam hordy turystów znajomość angielskiego otwiera tam możliwości lepszych zarobków) dumnie jednak nie korzystał z tych “ułatwień”, ulubione filmy zakupił w wersjach oryginalnych i znał je praktycznie na pamięć. I często używał tych dialogów w codziennych rozmowach. To było jak grom z jasnego nieba! “A więc tak można?!” Można nie znać dobrze angielskiego (tych iluśnastu dziwnych czasów i innych dziwnych konstrukcji) ale, mimo to, nie przejmować się niczym i sobie korzystać z filmów, gadać, żartować, pieprzyć głupoty i dobrze się bawić. Sroga pani anglistka była już zacierającym się w pamięci koszmarem. Dymitris lubił też muzykę Doorsów (ich piosenki to był dla niego kolejny rezerwuar słów i zwrotów). Znał też troszeczkę polskiego (miał żonę Polkę) i również się tu nie ograniczał i zagadywał.

W tamte wakacje nic specjalnego nie zarobiłem, ale wróciłem z nich ze stanowczym postanowieniem: nie ważne, że nie rozumiem 80 % filmu. Od teraz koniec z lektorami i polskimi napisami. Albo oryginał albo, w ostateczności, film z napisami po angielsku. Z początku była to męka. Umysł tak przyzwyczajony do poczucia “rozumienia” nagle jest jak przerzucony z bezpiecznego basenu o przejrzystej wodzie na środek wzburzonego (czasem) oceanu. Ale jakoś nie utonąłem. Ba, zacząłem z czasem odczuwać przyjemność z oglądania filmów. Szacuję, że nastąpiło to mniej więcej wtedy, gdy zacząłem rozumieć (albo zaczęło mi się wydawać, że rozumiem. Raczej to drugie…) jakieś 60 % dialogów. Przy amerykańskich filmach trudne to nie jest… O czytaniu książek nie było wtedy mowy. Ani nawet myśli.

Mija jakiś czas. Kolejny wyjazd. Tym razem Norwegia. Szybko okazuje się, że bez norweskiego (o angielskim nie mówiąc, bo tam to oczywistość) nie da rady. Chodziłem sobie po warsztatach samochodowych i w jednym z ostatnich na mojej liście wypisanej z książki telefonicznej, szef “ulitował się” (tak naprawdę to przede wszystkim chciał mieć taniego i zmotywowanego do roboty pracownika) i przyjął mnie pod warunkiem, że nauczę się norweskiego. Przystałem oczywiście na ten warunek (w myśli krzyżując za plecami palce) i zaczęło się. A zaczęło się od tego, że “zaopiekował się” mną od pierwszej minuty w warsztacie pewnie Czeczen. Od razu mnie “polubił”. Polak? Czyli mamy wspólnego wroga – Rosję. I jął przemawiać do mnie w języku…. Puszkina.

Chcąc nie chcąc, zmuszony byłem do intensywnej nauki i doskonalenia trzech języków obcych: norweskiego, angielskiego i rosyjskiego. I, ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że jak muszę, to mogę. Nie żadne tam “chcę”. Ja nie chcę! Ale jak muszę… 🙂 W warsztacie było zresztą wielu imigrantów i z niektórymi z nich od początku musiałem gadać po norwesku. Z Norwegami przez jakiś rok się nie odważałem i używałem wyłącznie angielskiego (nie licząc tych kilkudziesięciu podstawowych terminów fachowych). Poszedłem do szkoły językowej. Konieczne było też przypomnienie sobie podstawowych pojęć gramatycznych (rzeczownik, podmiot, zdanie podrzędne etc.) Repetytorium maturalne spełniło tu swoją rolę aż nadto. A po pracy codziennie kilka godzin amerykańskich seriali z norweskimi napisami. Lektor ani dubbing nie jest tam znany (nie licząc filmów animowanych dla dzieci – tu jest jedyny wyjątek. Ale do hitów z wytwórni  Disneya chyba wszędzie na świecie robi się dubbing).

Z czasem ta nauka mnie nawet wciągnęła i zaczęła sprawiać satysfakcję. Warto tu wspomnieć, że, z racji nieukończonych studiów, trafiłem w norweskiej szkole językowej (kilkumiesięczny epizod w polskiej szkole norweskiego oraz jego mizerne efekty nie zasługuje na rozwlekły opis. Powiem tylko, że sympatyczni budowlańcy i elektrycy w d… mieli naukę norweskiego i przysypiali na wcześnie odbywających się w sobotę i niedzielę lekcjach. Stan ciężkiego zazwyczaj kaca też nie wpływał na umysłową rzutkość. Smutne to było, bo nie byli to na ogół głupi ludzie. Ale jednocześnie głupi byli. Trudno. “Takie życie.”) na kurs, gdzie większość uczestników stanowili ludzie nie pochodzący z tzw “Zachodu” i nie posiadający, na ogół, wykształcenia wyższego niż podstawowe. Ale za to znali już nieźle norweski, bo mieszkali z reguły już po kilka lat i większość pracowała zawodowo. Z początku strasznie “cierpiałem”. Chciałem się przecież oczywiście popisywać swoim “filozofowaniem”, ale abstrakcyjne pojęcia i wyszukane terminy oraz wszelkie ironie i sarkazmy nie chciały jakoś funkcjonować. Była to jedna z ważniejszych lekcji w moim życiu. Okazało się wtedy mianowicie, że mówiąc prosto można jednak porozmawiać o różnych – czasem nawet i skomplikowanych – kwestiach. Trzeba tylko “troszkę” pokory, inwencji i opanowania (świadomego, bo w ojczystym te inne każdy siłą rzeczy zna i realizuje) takich umiejętności jak np mowa ciała i kilku innych funkcji języka niż tylko kognitywna.

I tak to się toczyło. Muszę też wspomnieć, że miałem wspaniałą nauczycielkę (trochę szczęścia w życiu się czasem “przydaje”) zawsze chętną i skorą do wyjaśniania bardzo prosto wszelkich niuansów języka i kultury (te zajęcia były jednocześnie czymś w rodzaju wiedzy o społeczeństwie zachodnim ogólnie, a norweskim w szczególności). I nastąpił pewnego dnia kolejny moment zwrotny w mojej lingwistycznej “karierze”. W mieszkaniu pojawiły się książki w języku angielskim. Przyniosła je z hotelu moja dziewczyna, która tam pracowała. Ktoś się wyprowadził z pokoju a przeczytane książki (kupione pewnie na lotnisku kryminały w miękkiej oprawie) zostawił. Książek się nie wyrzuca (tego chyba nie muszę wyjaśniać!) i wylądowały u nas na półce. I leżały tam sobie nie niepokojone przez czas jakiś. Ale “patrzyły” na mnie z dnia na dzień coraz mocniej. Aż pewnego dnia stwierdziłem: raz kozie śmierć! Czytam. Kilka pierwszych książek to była męka. Wspominam to brnięcie tak, jak weterani służby wojskowej poligon. Pod czaszką mi się gotowało, trzeba było sprawdzać słowa w słowniku (nie znoszę tego. I szybko zresztą to zarzuciłem). Ale po kilku było już z górki.

Miałem wtedy jakieś 27-28 lat.  Dziś mam lat 36 i czytam swobodnie dowolne teksty (oglądam filmy, słucham piosenek, wykładów, audiobooków itd) po angielsku i norwesku. I to od lat. Po duńsku, szwedzku i w Esperanto (Esperanto to osobny temat i zamierzam mu poświęcić osobny wpis) dość skomplikowane. Całkiem nieźle mi idzie po czesku i słowacku. Troszkę słabiej po ukraińsku, białorusku i rosyjsku. A jeśli chodzi o języki, których, co prawda, nie znam, ale nie boję się do nich “zaglądać” (i cieszyć się tym, że coś tam czasem wyłapię) to wymieniłbym prawie wszystkie romańskie, germańskie i słowiańskie (jugo-). To wszystko “zasługa” wspomnianego powyżej doświadczenia z Cypru i Dymitrisa z jego Doorsami i Pulp Fiction. Thank you, Jim Morrison!

Tak to “samo życie” zrobiło z językowego ciemniaka kogoś, kto dziś bawi się językami (jakby mnie to nie bawiło, tobym się tym nie zajmował), używa ich w pracy, korzysta sobie z niesamowitych zasobów dostępnych w sieci, poznaje ciekawych ludzi i odmienne perspektywy. Wszystko głównie dzięki rozrywkowemu korzystaniu z tego wszystkiego w oryginale (no i wiadomo, trochę tej gramatyki z czasem trzeba było się nauczyć.) Wpis ten dedykuję wszystkim, którzy żywią, być może, podobne jak ja kiedyś, przekonanie, że nie da się nauczyć obcego języka w stopniu pozwalającym na rozrywkowe tudzież profesjonalne korzystanie z takiej umiejętności. Którzy chcieliby, ale coś ich hamuje, blokuje. Albo którzy myślą, że jest “za późno”.  P.S. Najlepsze są baśnie, bajki i poezja. Większość dorosłych, “poważnych” ludzi to wyśmieje. (A ja – w duchu – będę śmiał się z nich. Trochę przez łzy.. ale bez przesady. Wolna wola w końcu podobno istnieje, choć nie bardzo w to wierzę…)  Ahoj! 🙂